Zawsze kiedy gdzieś wyjeżdżamy, zarówno ja jak i Janek mamy wyrzuty sumienia. Przede wszystkim dręczy nas poczucie winy, że przecież tyle rzeczy jest do zrobienia na miejscu, że tyle pracy czeka na dokończenie. Prowadząc własny biznes, żyjemy w wiecznym niedoczasie, z zadaniami do wykonania na wczoraj. Urlop? Może w następnym miesiącu. Wczasy z dzieckiem? Przełożę, przecież i tak dużo czasu spędzamy ze sobą. No właśnie: ze sobą czy obok siebie? Pęd codzienności, która jest na tak zwanym rozbiegu, może zaprowadzić na manowce. Zapędzić w kozi róg. Bo ciągle dążymy do tego perfekcyjnego, wymarzonego życia, odkładając przyjemności na później. Wmawiamy sobie, że przecież jeszcze będzie kiedyś lepszy czas na wyjazdy, urlopy i odpoczynek. Jestem pracusiem odkąd pamiętam. Typowym przodownikiem pracy, robotnicą miesiąca. Zawsze wychodziłam z założenia, że albo coś robię dobrze, albo nie robię tego w ogóle. Dopiero dziecko zmieniło moje podejście do życia, do świata i do sposobu spędzania czasu.
Do dziś mam tak, że ciągle coś mnie gna.
Że wiecznie jestem czymś zajęta, ale potrafię też wyluzować. Moje priorytety gruntownie przegrupowałam. Kiedy więc pada hasło: jedziemy na wakacje, rzucam wszystko i całą sobą oddaję się rodzinie. A że tego rodzinnego czasu mamy jak na lekarstwo, to staramy się wykorzystać każdą z tych chwil na 100%. Dlatego tak bardzo cieszyliśmy się na kolejny nasz wyjazd do Hotelu SPA Dr Irena Eris na Wzgórzach Dylewskich. Wcale nie trzeba tam jechać na długo, by nacieszyć się rodzinnym czasem. Bo nie liczy się jego ilość, a jakość.

Podczas ostatniego wyjazdu bardziej skupiliśmy się z Jankiem na nas, na naszej relacji.
Przez to, że Miecio wymaga tyle atencji, że pracy ostatnio co nie miara, że ciąża mnie nie rozpieszcza, jakoś tak zaniedbaliśmy naszą relację. A jeśli czytacie bloga to wiecie, że od zawsze kładziemy nacisk na to, by nieustannie pielęgnować nasze uczucie. Nasze małżeństwo to fundament naszej rodziny. Miecio będzie szczęśliwy jeśli między nami będzie dobrze. Znamy te zależności,dlatego trzymamy rękę na naszym małżeńskim pulsie.

Wyobraźcie sobie, że podczas ostatniego pobytu na Mazurach udało nam się nawet wybrać na wspólną, romantyczną kolację. Tu znów z pomocą przyszła nam elektroniczna niania. Na szczęście Miecio w dalszym ciągu ucina sobie popołudniowe drzemki, podczas których my mieliśmy czas dla siebie. Ja wybrałam się do Kosmetycznego Instytutu, gdzie, prócz zabiegu na nieco zmęczone ciążą ciało kosmetyczka zrobiła mi piękny makijaż, wbiłam się w sukienkę i już po paru chwilach siedziałam naprzeciwko Janka, czule patrząc mu w oczy.


Jak zwykle dużo czasu spędziliśmy w wodzie, czyli na basenie.
Byliśmy też całą trójką, a raczej czwórką na rowerach, a ja dodatkowo wybrałam się też na zajęcia nordic walking. Z Mieciem byliśmy też na ćwiczeniach na piłkach, a kiedy chłopcy poszli na konie, ja zdążyłam zahaczyć o studio cardio. To były bardzo aktywne trzy dni, a ja po trzech miesiącach oszczędzania się znów poczułam że żyję.